Pożegnanie Profesora
“Drugiego takiego już nie będzie” – pisała tydzień temu włoska La Repubblica. To stwierdzenie jest tak adekwatne, że niemal graniczy z truzimem. Bronisław Geremek odegrał w najnowszej historii Polski rolę trudną do przecenienia. Tydzień temu na starym blogu pisałem, że trudno myśleć o nim w czasie przeszłym. Wiadomość o jego śmierci była i jest tak trudna do przyjecia, bo wydawało się, że prof. Geremek będzie z nami zawsze. Jego pogrzeb to symboliczny koniec pewnej epoki.
fot. Gazeta.pl
Powtórzę za Azraelem, “Ciężko jest pisać o Bronisławie Geremku nie wpadając w przesadę, czy hagiografię (…)”. Nie mienię się oczywiście znajomym profesora, ale jednym z najważniejszych wydarzeń w moim młodym życiu było dwukrotne spotkanie z nim w Brukseli w zeszłym roku. Miałem możlwość osobistej rozmowy z nim o tarczy antyrakietowej oraz zjedzenia kolacji w jego towarzystwie. Zapamiętałem go jako człowieka niezwykle skromnego, a zarazem ciekawego innych. Żaden temat nie był dla niego zbyt mały ani zbyt wielki, by się nim zająć.
Należał do najrzadszego gatunku polskich polityków. Był pełen poświęcenia (słynna już historia o tym jak potrafił polecieć na dyplomatyczny bankiet do Nowego Jorku i jeszcze tego samego dnia wrócić do Brukseli), a jednocześnie świetnie przygotowany do pełnienia swojej misji. Biegła znajomość czterech języków obcych (w Parlamencie Europejskim jako komplement traktowano “mówi pan po francusku jak Geremek”) i niezaprzeczalna klasa uczyniły z niego wspaniałego szefa dyplomacji, człowieka, który umiejętnie reprezentował Polskę na arenie międzynarodowej. Władysław Bartoszewski nazwał go zresztą najlepszym polskim ministrem spraw zagranicznych, z czym zgodzi się każdy, kto choć trochę interesował się polskim życiem publicznym.
W prof. Geremku najbardziej zadziwiała mnie niezwykła zdolność do przekraczania osobistych uraz. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że od dziecka był prześladowany. Jako chłopiec trafił do getta, w którym zetknął się z Januszem Korczakiem. Potem nadszedł komunizm, którym początkowo, jak wielu ludzi, Geremek był zafascynowany. Zmianę przyniósł rok 1968 i interwencja Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Od tamtej pory aż do 1989 roku konsekwentnie walczył o zmianę (bezpieka oceniała go jako jednego z najgroźniejszych opozycjonistów). Po bezkrwawej rewolucji, która po części była też jego ogromną zasługą, zrezygnował z prawa odwetu. Chciał, aby każdy miał możliwość włączenia się w budowę nowej, demokratycznej Polski.
Do końca życia był niezwykle aktywny. Należał do największych, a jednocześnie najmądrzejszych patriotów XX wieku. Dla mnie i (bez przesady) dla milionów ludzi, nie tylko w Polsce, był niekwestionowanym autorytetem. Trudno pogodzić się z taką stratą.







Myślę, że jego postawa wynikała właśnie z jego doświadczeń. Potrafił byc wyrozumiały bo doświadczył na własnej skórze do czego prowadzi jej brak. Również jego skromność brała się z tego samego źródła. Co oczywiście nie oznacza, że nie potrafił walczyć o swoje. Zawsze jak słyszę, że naukowiec nie nadaje się na polityka bo naukowcy to nie są ludzie czynu myślę o prof. Geremku.
Podziwiam w nim jego działalność polityczną definiowaną jako służbę. Nie doążył do zaszczytów. Polityka to była konieczność, w ktorą zaangażował się bez nadziei na chwałę. Co więcej miał przecież śwaidomość, że traci jako naukowiec… Nie umykało mu podczas podejmowanych działań to co w życiu ważne.