… victis!
Nie neguję niczyjego bohaterstwa. Nie odmawiam nikomu prawa do pamięci. Nie zamierzam pisać historii na nowo. Mimo wszystko moja opinia na temat powstania warszawskiego ewidentnie nie mieści się w mainstreamie. Nie uważam, że samobójcza akcja nieprzygotowanej do walki partyzantki powinna być powodem ogólnonarodowej dumy.
Jakimś cudem “ułańska fantazja” i poświęcenie nie wystarczyły.
fot. Zoon Politikon
Co rok, przy okazji obchodów rocznicy powstania warszawskiego zastanawiam się, na co liczyli jego uczestnicy. Że dzięki koktailom Mołotowa, zdobycznym karabinom mogą wygrać z niemiecką armią? Że energią nastoletnich chłopców uda się zakończyć najbardziej krwawy konflikt w dziejach świata? Powstanie warszawskie nie było kolejną wersją historii o Dawidzie i Goliacie, nawet jeśli taka była wizja jego dowódców. Dawid, a więc grupa młodych i niedoświadczonych żołnierzy (o ile za żołnierza można uznać trzynastolatka z butelką benzyny w ręce), tym razem nie miał żadnej strategii ani procy. Powstanie cechowało popularne w Polsce nastawienie, że “może jakoś się uda”. Nie udało się, nawet jeśli dzisiaj wszyscy politycy i media starają się wmówić nam co innego.
Powstańcy nie mieli najmniejszych szans na zwycięstwo, nie wspominając już o prowadzeniu wyrównanej walki z przeciwnikiem. Od samego początku byli skazani na porażkę. Z perspektywy ponad sześćdziesięciu lat uczestników walk w Warszawie nazywa się patriotami. W mojej definicji patriotyzmu nie mieści się jednak wysyłanie na pewną śmierć młodych ludzi, zalążków powojennej inteligencji (jak Jan Nowak-Jeziorański czy Władysław Bartoszewski). Ludzie, którzy po wojnie mogli pracować dla kraju, ginęli w bezsensownej walce, której jedynym wymiernym efektem było zburzenie całego miasta.
Niedawno byłem w Warszawie (co zdarza mi się rzadko, a na pewno rzadziej niż bym chciał). Zauważyłem, że całe miasto “otagowane” jest symbolami związanymi z powstaniem. Zdziwiła mnie pozytywna pamięć o nim wśród samych mieszkańców stolicy. Ich miasto zostało niemal doszczętnie zniszczone wskutek beznadziejnego zrywu o niewiadomym celu.
Powstanie broni się w wymiarze duchowym. Było wcieleniem wszystkich patetycznych (słusznych lub nie) sloganów o obronie ojczyzny za cenę własnego życia, niezłomności etc. Jestem wobec podobnych wartości nie tyle krytyczny co obojętny. Na ogół uważam, że każdy ma prawo wybierać sobie własne priorytety i nic mi do tego. W przypadku powstania sytuacja wygląda jednak inaczej. Powstańcy wybrali swoje priorytety, ale kosztowało to życie ponad dwustu tysięcy warszawiaków, w większości cywilów. Kolejny przegrany zryw narodowy może więc uchodzić w powszechnej świadomości za symbol hartu ducha. W roku 1944 ginęli tysiącami uczestnicy powstania i zwykli ludzie, a po Warszawie została jedynie kupa kamieni. Jeśli tak wygląda hart ducha i za to ginęli walczący, to chwała im za ich decyzję.






No, to miałeś więcej szczęścia niż ja i Paweł N. Przechodząc w rocznicę Powstania przez ulicę Floriańską natknęliśmy się na pochód kombatantów followed by Narodowe Odrodzenie Polski. NOP na szczęście obecny był w liczbie 3 panów w wieku na oko 16 lat, z czego dwóch trzymało transparent. Ale zepsuło nam to humory na cały dzień
Aha, dodam tylko, że chodziło mi naturalnie of Floriańską w Krakowie.